your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Ars Independent 2017 - dzień 3 i 4: Żegnaj entuzjazmie, Symulacja i Posmak tuszu

Trzeci dzień aktualnej stolicy filmowego i parapopkulturowego świata znów stał pod znakiem inauguracji kolejnych pokazów konkursowych. Tym razem jednak prym wiodły krótkie formy wypowiedzi. Zadebiutowały wideoklipy (Czarny koń wideoklipu) oraz krótkometrażowe animacje (Czarny koń animacji). Jedyną nowością na setliście Czarnego konia filmu było Żegnaj entuzjazmie Vladimira Durana, które gdzieś tam nieśmiało łypało na nas swoim wzrokiem, sytuując się pomiędzy seansami z serii Miasta muzyki oraz Jerzego Kawalerowicza. Czy zatem w tej konfiguracji ta argentyńsko-kolumbijska produkcja miała cokolwiek do powiedzenia?

Wiem, że prawo nagłówków Betteridge'a powinno wykluczyć w tym przypadku odpowiedź twierdzącą, ale gdzieś mam prawo. Tylko anarchia. Na poważnie jednak... Pełnometrażowy debiut Durana staje się przyczynkiem do wielu długich i w gruncie rzeczy wyłącznie teoretycznych dyskusji na tematy okołofilmowe. A mianowicie, jak pokazać coś, aby pokazać to w jak najmniej inwazyjny sposób? Masło maślane? Bynajmniej. Sztuka "nie pokazywania" jest bowiem sztuką być może nawet większą niż sztuka pokazywania. A poza tym jest domeną nie tylko treści, ale i formy. Formy, którą kolumbijski reżyser potraktował tu w kategoriach złotego cielca, składając mu dary z logiki przyczynowo-skutkowej oraz czytelności dzieła filmowego. Żegnaj entuzjazmie to wszakże jedna z tych rzeczy, która wrzuca was w centrum wydarzeń bez jakiejkolwiek instrukcji obsługi. Na wstępie nie otrzymujemy żadnej informacji, osadzającej nas w jakikolwiek sposób w świecie przedstawionym, a pierwsze 30 minut (co jest dość sporą liczbą, zważywszy na fakt, że film trwa równe 80) upływają nam ospale na próbach zrozumienia dlaczego ten kadr jest taki wąski. Bo jest wąski. I o ile proporcje obrazu utrzymanego w standardzie CinemaScope wynoszą te 2,66:1, tak tu jest to jakieś 2,66:0,75. Jeśli dodamy do tego kompozycję kadru składającą się praktycznie wyłącznie ze zbliżeń i półzbliżeń, to naszym oczom ukaże się niezwykle nieprzystępny i duszny kawałek filmowego dzieła. Coś jak Inland Empire Lyncha, ale jeszcze trudniejsze w odbiorze. Nie posiadamy bowiem żadnej orientacji w terenie, architektura wnętrza domu, w którym toczy się akcja, pozostaje dla nas nieznana do samego końca projekcji. Jest w tym coś specyficznego, bo swoją arogancją względem klasycznych reguł narracji przywodzi na myśl zabiegi francuskich nowofalowców, ale czy taki właśnie był zamysł Durana... Tego prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Bo wiecie – pytania dotyczące filmowych inspiracji to coś, co twórcy kochają "najbardziej".

Tak jak mimowolnie wspomniałem, dużo dobrego tego dnia zaczęło się dziać w kwestii animacji. Świetne wejście zaliczyła Paulina Ziółkowska, której O matko! śmiało można stawiać w gronie faworytów do zgarnięcia Czarnego konia animacji. Nie gorzej poradziła sobie Renata Gąsiorowska ze swoją Cipką (to nie był zamierzony żart), choć twardy opór względem tych (mimo wszystko) prostych historii wykazują utrzymany w postimpresjonistycznej estetyce Środek lata Josselina Facona oraz na swój sposób oryginalne anime Czeeeść, jeleń! Seung Ah Ko.

Fajnie byłoby więc ujrzeć Polkę cieszącą się z końcowego tryumfu, lecz to, co stało się dziełem kolejnych setów animacji przeszło moje (i prawdopodobnie większości widzów) najśmielsze marzenia. W czwartym dniu zaprezentowało się m.in. [O] Mario Radeva oraz Chiary Sgatii i Pulsowanie Yanneta Briggilera, które garściami czerpią z postmodernistycznej rekonfiguracji surrealistycznych motywów Davida Lyncha, a także dokonań klasycznych malarskich nadrealistów. Przyjęta przez twórców konwencja filmowego oniryzmu umożliwia zatem widzowi swobodne podejście do analiz i interpretacji, choć wcale ich nie ułatwia swą odrealnioną, pozbawioną logiki przedmiotu, narracją. Jak ktoś lubi takie zabawy, to doskonale wie, dlaczego wolną ręką przypisuję im palemkę pierwszeństwa w drodze ku Czarnemu koniu.

Nie gorzej sprawa się miała w głównym konkursie, gdzie swoje trzy grosze wtrącili Irańczyk Abed Amest oraz Francuz Morgan Simon. Ten pierwszy bez pardonu wjechał na festiwal z autorskim miksem Dogville Larsa von Triera, Dealera Nicolasa Windinga Refna i kilku zabiegów realizacyjnych zapożyczonych z gier Watchdogs oraz GTA V. Brzmi szalenie? A i owszem, wobec czego na pierwszy rzut oka Symulacja po prostu udać się nie mogła. Na szczęście Amest wziął nawias wszelką malkontencję i sprezentował dzieło - w moim mniemaniu - przykładne warsztatowo, lecz... ubogie w treść. Wszystko fajnie, europejskie standardy kina niezależnego utrzymane, brak kompleksów wobec filmografii zachodniej zaprezentowane, ale widmo irańskich rozliczeń z przeszłością nadal ciągnie się za lokalnymi artystami jak smród po gaciach. I nie ma w tym nic złego, jeśli potrafi się wprowadzić do dyskusji nowe argumenty lub jest się w stanie te zastałe przedstawić z nowej perspektywy. Amest jednak porzuca taką wykładnię na rzecz czystej zabawy z formą. Czego w sumie nie można mieć mu za złe.

W innym kierunku podążył natomiast Simon, gdyż jego Posmak tuszu stanowi podręcznikową definicję "dobrego filmu". Tak, tego newralgicznego wyrażenia, którego każdy z nas używa, mimo że nie każdy wie, jak je używać. Dlatego Simon definitywnie rozstrzygnął tę kwestię. Oparta o relacyjną ekspozycję opowieść o niezdrowym trójkącie miłosnym (i to bardzo niezdrowym – ojciec, syn, kochanka), ujmuje swoją prostotą oraz perfekcją w operowaniu podstawowymi emocjami. Miłość, nienawiść, napięcie, namiętność, wstręt i ból nie są tu żadnym poetyckim doświadczeniem, a zwykłym, przelotnym spojrzeniem, czynnością, wykonywaną w emocjonalnym amoku. Nie brakuje tu oczywiście charakterystycznych dla francuskiego kina ostatnich lat elementów komediowych, ale nie bójcie się – o paździerzowych formach humoru nie ma tutaj mowy. Mówić natomiast będziemy jeszcze o ostatnich dwóch dniach festiwalu, w trakcie których poznamy m.in. zwycięzców wszystkich konkursów! Przepuścilibyście sobie taką okazję?

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook