your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Ars Independent 2017 - dzień 1 i 2: Brigsby Bear, Liberation Day i Quality Time

Podobno nawet tak awangardowe festiwale jak Ars Independent nie mogą obyć się bez formalności i oficjalnego otwarcia. Nie wiem, może. Ale ja jednak pozostanę wierny założeniom filmowej awangardy i pozbędę się tradycyjnych wstępów, zapowiedzi oraz wszelkich zbędnych przedłużaczy. Przechodzę prosto do kontemplacji czystej FORMY. Pierwsze dwa dni katowickiego święta zasypały nas bowiem całą masą łakoci i nie ważne, czy jesteście movie geekami, graczami-zapaleńcami, czy melomanami, to właśnie teraz powinniście się tu znaleźć. Bo wszystko co kochacie już tu jest. Ale miało nie być przedłużaczy...

A są one szczególnie zbędne, gdy uświadomimy sobie, że twarzą promującą film otwarcia 7. edycji najbardziej niezależnego festiwalu z niezależnych jest Mark Hamill. A wiecie, Luke Skywalker nie lubi sztucznie przedłużać swoich ekranowych minut (bink, bink). Niemniej jednak zarówno on, jak i Brigsby Bear, czyli pełnometrażowy debiut Dave McCary'ego, w powierzonej roli spisali się bez zarzutu. Opowieść o przymusowo odizolowanym od świata chłopaku, który wyswobodzony z rąk rodziców-porywaczy zaczyna stopniowo poznawać tajniki rządzące realną rzeczywistością, to rzecz sielska, uroczo naiwna, ale również w prosty acz przyjemny sposób przybliżająca widzowi tak bardzo złożone pojęcia, jakim są ludzka tożsamość oraz możliwości jej kreacji. Co więcej przez zastosowaną konwencję o zacięciu komediowym, nie stara się bawić w filozofię wyższą oraz postfreudowskie psychoanalizy, ale ukazuje pewien proces, tok myśleniowy, który istnieje sam dla siebie, tak po prostu. Subiektywizacja narracji posłużyła tu zatem za narzędzie silnego nacechowania emocjonalnego świata przedstawionego, w którym każda próba obiektywnego i racjonalnego tłumaczenia obserwowanych zjawisk musi spalić na panewce. Ten świat to jego i tylko jego świat. Ten świat to Brigsby Bear - naczelny strażnik galaktyki. Oraz Porywacz Słońc, czyli jego naczelny wróg. Wszystko opiera się więc o skojarzenie i rozpoznanie stanu emocjonalnego, podchwycenie go i uznanie za swój własny. Posiadanie oraz poświęcenie się pasji to wszakże rzecz uniwersalna, którą każdy z nas może mimowolnie odnieść do swoich własnych doświadczeń...

Tak uniwersalny nie był natomiast drugi pokaz pierwszego dnia festiwalowego. Nawet w zamyśle. Już sam tytuł Where the Soul Is? musiał stanowić dla zainteresowanych nie lada zagwozdkę. Ale niezwykle intrygującą zagwozdkę! Bo jeśli ktoś próbuje wskrzesić ideę Gesamtkunstwerk Richarda Wagnera i połączyć ją z futurystyczną wizją symbiotycznej współpracy między sztuką i nauką, to wiedzcie, że podjął się zadania bardzo ambitnego. Może aż zanadto. Muzycznie niniejsza wizualizacja stała na najwyższym poziomie, a set autorstwa Pigeon Break oraz Lód 9 przywodzi na myśl zdrowy/niezdrowy (niewłaściwe skreślić) elektroniczno-industrialny featuring Trenta Reznora z Pendulum. Jednak główny nośnik materialnej treści, w postaci samej wizualizacji ekranowej, pozostawił spory niedosyt... Choć w sumie bardziej odpowiednim wyrażeniem byłoby w tym kontekście słowo "przesyt". Przez równe 45 minut naszym oczom ukazywała się parafilozoficzna kompozycja złożona z przenikających, zastępujących, następujących i multiplikujących się zwrotów, która ewidentnie nastawiona była na nawiązanie pewnej komunikacji z widzem. Widz miał czytać, miał wnikać w słowo, lecz w ostateczności ich ilość oraz złożoność skutecznie wybijała odbiorcę z rytmu narracyjnego. Nie pamiętam dokładnej treści cytatu, ale jest w trakcie tej wizualizacji taki moment, gdy pada zdanie typu "muzyka jest brzmieniem, wibracją, a te są namacalnym dowodem istnienia duszy". Twórcy jednak ewidentnie o tym fakcie zapomnieli, gdyż zamiast postawić na komplementarność i autouzupełnianie się swojego widowiska, wytoczyli wszystkie działa jakie mieli i na hura wystrzelili co tam do nich wpakowali. Być może takie wrażenie to efekt mojej ograniczonej percepcji, ale jeśli po takim seansie stawiam sobie pytania z kategorii "czy artysta tak naprawdę chce, aby honorowano go owacjami?", a nie "czy śmierć rzeczywiście jest materialną rozłąką duszy i ciała", to chyba jednak ktoś minął się ze swoim celem. I mam nadzieję, że tym kimś nie byłem ja...

Drugi dzień to przede wszystkim dzień naznaczony inauguracjami konkretnych, festiwalowych kategorii. Ruszył więc zarówno konkurs główny w postaci #Czarnego konia filmu, dokumentalne Miasto muzyki, nostalgiczne powroty do przeszłości w #Retro Japan oraz równie nostalgiczny, ale polski cykl poświęcony #Jerzemu Kawalerowiczowi. Nie zabrakło oczywiście atrakcji dla tych mniej filmowych gości, którzy swym pasjom hołdowali na wystawach oraz pokazach poświęconych grom wideo i wideoklipom. I o ile działo się naprawdę dużo, selekcja była ostra, a wśród wyświetlanych filmów znalazły się legendarna Akira Katsuhiro Ōtomo oraz Pociąg Kawalerowicza, to wtorek 27 września należał na wyłączność do dwóch tytułów –Liberation Day oraz Quality Time.

Wyobrażacie sobie, aby zespół muzyczny z całą stanowczością piętnujący wszelkie zwyrodnienia systemów totalitarnych i wykorzystujący ich emblematykę oraz symbolikę przedmiotu do sarkastycznej gry skojarzeń, przyjechał koncertować do stolicy Korei Północnej? TEJ Korei Północnej? I to jeszcze na zaproszenie samego wodza kraju? Brzmi jak niezwykle ponury żart, czyż nie? A jednak nie, bo właśnie taka sytuacja stała się dziełem słoweńskiej, postfolkowej grupy Laibach, która przeżyła i przetrwała tyle komunizmów, że nawet samemu Marksowi ta liczba zlasowałaby wyobraźnię. I o tym właśnie jest Liberation Day. To z jednej strony dokumentalny zapis perypetii oraz problemów związanych z przygotowaniem występu w najbardziej ocenzurowanym i zbiurokratyzowanym państwie świata, a z drugiej niesamowity – bo pozbawiony typowo zachodniej retoryki – kolaż spostrzeżeń na temat rzeczywistości tak nam odległej, że nie sposób traktować jej naszymi, lokalnymi kategoriami. Wszystko to natomiast odbywa się przy akompaniamencie najlepszych kawałków ze stajni Laibacha, wśród których zabraknąć oczywiście nie mogło Life is life, Whistleblowers, czy Final Countdown. Mający już na koncie współpracę z muzykami reżyser Morten Traavik wykonał tu kawał świetnej roboty, dokonując niełatwej sztuki syntezy treści stricte dokumentalnych, informujących z kontrowersyjnym imagem słoweńskiej grupy. Ostatnio tak blisko tego reportażowego ideału był bodajże Wim Wenders w 1999 roku. If you know, what I mean...

Jednak choć nad wszystkim co związane z Laibachem mógłbym się rozpisywać bez końca, to przyznać muszę, że król tego dnia mógł być tylko jeden. Daan Bakker i jego Quality Time. Bez bicia przyznam się, iż na pokaz szedłem raczej "goły" i świadomy tylko pochodzenia pierwszego pełnego metrażu holenderskiego reżysera. Trochę moją percepcję ukształtowała króciutka prelekcja, którą zafundowano widzom jeszcze przed seansem, ale mimo wszystko nie wykreowałem sobie jakichś znaczących oczekiwań. I może to nawet dobrze, bo efekt końcowy przeszedł najśmielsze oczekiwania chyba każdej osoby obecnej na sali. Quality Time to bowiem gra wideo. Gra wideo, której charakterystyczne środki narracyjne zostały przeniesione na grunt języka filmu. I to chyba w najlepszy sposób, jaki dotąd było mi dane zaobserwować. Jest tu jedna taka scena, gdy statyczna kamera ustawiona w znacznej odległości od planu zdarzeń rejestruje bohatera rozmawiającego z rybakami na moście. Podchodzi on raz do jednego, raz do drugiego, raz do trzeciego, który akurat stoi po drugiej stronie mostu i wymienia z nimi kilka uprzejmości. Szkopuł w tym, że nie słyszymy ani jednego wypowiadanego słowa, a cały dialog odbywa się za pomocą unoszących się nad głowami postaci napisów do złudzenia przypominających te z gier RPG. Albo point&click;, to już kwestia gustu. A to nie jedyny przykład. Rzut izometryczny bądź perspektywa z lotu ptaka są tu na porządku dziennym i nawet ta z pozoru "najnormalniejsza", ostatnia sekwencja tej pięcioczęściowej noweli filmowej zabawia się swoją własną konwencją. Trudno zatem jednoznacznie określić, czym ta produkcja jest, ale i nie o to chodzi. To po prostu dobra i przemyślana zabawa, która prócz wyżej wymienionych i dość bezpośrednich nawiązań do gier wideo, prezentuje całą gamę mniej widocznych elementów wpływających na wyjątkowość całości. Mam tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś w podobnych okolicznościach z Bakkerem się spotkamy... A my widzimy się za kolejne dwa dni!

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook